Nim przybliżę sylwetki naszych kolegów rolników farmerów z prowincji Saskatchewan w dalekiej Kanadzie, podam parę danych o tym największym kraju Ameryki Północnej, będącym jednocześnie drugim zaraz po Rosji, co do wielkości krajem świata. W porównaniu z naszym krajem, Kanada jest 32 razy większa od Polski.
Powierzchnia Kanady wynosi 9976185 km. kw. Odległość od brzegów Atlantyku do Pacyfiku po to prawie 5200km. Mimo tak dużych przestrzeni tylko 7 % powierzchni kraju wykorzystuje się na cele rolnicze i to głównie na terenach leżących przy granicy amerykańsko-kanadyjskiej. Kanadę zamieszkuje 31mln mieszkańców. Wskaźnik gęstości zaludnienia wynosi 3 osoby na km. kw. Zaludnienie kraju jest nierównomierne. 60% ogółu ludności zamieszkuje w dwóch prowincjach: Ontario i Quebec, zaś 33% mieszka w trzech największych aglomeracjach miejskich: Toronto, Montreal, Vancouver. Warunki klimatyczne
i przeszłość historyczna zdecydowały o skupieniu ludności w wąskim pasie wzdłuż południowej granicy kraju. Około 90 % ludności mieszka w strefie o szerokości 250 km wzdłuż granicy z USA. Tylko 3% ogółu ludności stanowią tubylcy (indianie, metysi, inuici)
Rozległe przestrzenie Kanady począwszy od 17 wieku zaczęły zasiedlać liczne grupy emigrantów z Europy. Wielu z nich w XIX wieku pracowało przy budowie linii kolejowej łączącej brzegi Atlantyku z Pacyfikiem. Po wojnie Kanada przyjęła napływających szeroką falą europejskich wygnańców. Od 1990 roku Kanada corocznie przyjmuje 200-250 tysięcy emigrantów, wśród których 50 % stanowią ludzie pochodzenia azjatyckiego. Z powyższych danych jak też z obserwacji większych skupisk ludzi na ulicach, w supermarketach, czy też na lotniskach, łatwo się zorientować, że społeczność kanadyjska jest różnorodna etnicznie, rasowo, a co za tym idzie i wyznaniowo. By zapewnić równość obywateli w życiu gospodarczym, społecznym, kulturalnym i politycznym kraju rząd Kanady w 1988 roku uznał istniejący porządek rzeczy, uchwalając ustawę o wielokulturowości społeczeństwa kanadyjskiego.W tym miejscu trudno nie powiedzieć kilku słów o polskiej emigracji. Pierwszym polakiem osiadłym w Montrealu w 1752 roku był Henryk Barcz z Gdańska. Zajmował on się handlem skórami i futrami. Franciszek Globeński jako jeden z pierwszych dostąpił zaszczytu zasiadania w parlamencie w Ottawie. Stanisław Gzowski był wybitnym inżynierem w Toronto, Niagarze i Ontario. Za swoje zasługi otrzymał z rąk królowej Wiktorii tytuł rycerski i szlachecki-Sir. Z kolei Karol Horecki wnióśł wielki wkład w budowę linii kolejowej Canadian Pacyfik Rewley. Pierwszą dużą grupą osadników polskich uciekających przed represjami pruskiego zaborcy byli Kaszubi. W 1858 roku osiedlili się w płn. Ontario w miejscowościach Barry`s Bay, Round Lake i miejscowości, którą nazwali polskim Wilnem. Następne duża fala polskich emigrantów przybyła do Kanady w latach 1890-1914, 1920-1939 i emigracja powojenna. Na dzień dzisiejszy polska emigracja zamieszkuje w większym lub mniejszym stopniu całą Kanadę.
Nim staniemy na farmach pana Władysława Zigdy, jego synów oraz na farmie pana Romana Meredyka nadmienię jeszcze kilka słów o prowincji Saskatchewan której płd. część absolutnie nie przystaje do ogólnych wyobrażeń większości Polaków na temat Kanady, kojarzącej się z lesistością, oraz kilkoma bardziej znanymi elementami krajobrazu takimi jak żyzne niziny, pola kukurydzy, rozległe łańcuchy górskie, jeziora i rzeki. Prawdą jest, że największym bogactwem naturalnym Kanady są zasoby świeżej wody, (stanowią one 30% światowych zasobów). W 44% Kanadę pokrywają lasy. Trzeba sobie zdać sprawę że jest to olbrzymie terytorium, na którym ze względu na swą rozległość występuje wiele stref klimatycznych: od wiecznej zimy poprzez klimat sprzyjający bujnej wegetacji, do klimatu kontynentalnego,z jakim zmaga się w płd. Saskatczewanie czwarte pokolenie, między innymi polskich farmerów. Prowincja Saskatchewan położona jest w środkowej Kanadzie. Zajmuje terytorium ponad 2-krotnie większe od powierzchni Polski (651036km kw.) a liczba mieszkańców wynosi tylko 1,023 mln. Stąd wskaźnik gęstości zaludnienia 1,72 osoby/km jest jednym z najniższych w świecie. Stolicą stanu jest miasto Regina, w której gościłem w czasie tegorocznych wakacji. Okolice stolicy prowincji aż do granicy amerykańsko- kanadyjskiej jest prawie idealnie płaską równiną. Pola ciągną się po horyzont. Piękny widok roztacza się z okna samolotu, gdzie jak tylko wzrokiem sięgnąć rozpościerają się łany upraw poprzecinane drogami co tworzy obraz zielono-żółtej szachownicy ziemi. Przed wzięciem we władanie tej ziemi przez rolników głównie z Europy: Polaków, Ukraińców, Niemców, częściowo Anglików, na rozległych preriach pasły się bawoły i bizony. Współcześnie prerie zamienione zostały na pola uprawne i pastwiska.
Jednakowoż dla Europejczyka po nasyceniu wzroku przestrzenią zaczyna czegoś brakować. To brak lasów, kęp drzew, do których tak bardzo jest przyzwyczajona nasza długość widzenia. Równinny teren bez naturalnych ograniczeń w postaci lasów i gór powoduje, że klimat Saskatchewan zależy od okresowej aktywności słońca. Stąd też występują tu ekstremalnie wysokie amplitudy rocznych temperatur od 35 st. C. w lecie do (-45) st. C. zimą. Mamy tu do czynienia z klimatem kontynentalnym, z upalnymi latami i bardzo mroźnymi zimami.Najważniejszym bogactwem naturalnym Saskatchewan są niezwykle żyzne ziemie orne. Zbiera się tu 54 % całej kanadyjskiej produkcji zbóż. Dlatego też głównym kierunkiem gospodarki Saskatchewan jest rolnictwo i związane z nim usługi. Jeszcze po 1950 roku ponad połowa siły roboczej prowincji znajdowała zatrudnienie w rolnictwie. Z latami przemiany ekonomiczne spowodowały przesunięcie nadmiaru siły roboczej z rolnictwa do przemysłu. W 1996 roku w rolnictwie pracowało już tylko 16% siły roboczej prowincji. W dalszym ciągu ilość farm spada. Świadczą o tym wyniki ostatniego spisu rolnego sporządzonego za lata 1996-2001. Poniższe dane dotyczą całej Kanady. Według spisu rolnego w 1996 roku odnotowano 385600 farm. W 2001 roku ilość farm zmalała do 346200. Tak więc 39400 farm (10,2) zostało wchłoniętych przez sąsiadów. Spadła ilość farm a co za tym idzie i farmerów. W strukturze wiekowej właścicieli farm wyraźnie zmalała liczba młodych rolników, poniżej 35-tego roku życia. W 1991 roku 19,9 % ogółu farmerów legitymowało się wiekiem poniżej 35 lat. W 1996 r 15,8% ,a w 2001 już tylko 11,5%. Ze spisu rolnego można wyczytać, że w okresie 10-ciu lat ( 1990- 2000r) z ogólnej liczby pracujących na farmach zrezygnowało 45,6 % kobiet i 43,0 mężczyzn, zatrudniając się całkowicie poza rolnictwem. Powyższe zjawisko dotyczące przekształceń farm w kierunku zwiększenia ich areału i odpływu ludzi dotyczy jeszcze bardziej drastycznie typowo rolniczej prowincji jaką jest Saskatchewan. Miejscowa siła robocza po wyjściu z farm wespół z ciągle napływającymi emigrantami przyczyniła się do rozwoju miast z całą ich infrastrukturą, handlem i przemysłem. Dzisiaj na odwrót, zurbanizowane centra gospodarcze generują rozwój ekonomiczny Saskatchewan i wspomagają sektor rolny. Przychody rolnictwa prowincji z produkcji zbóż stanowią aż 67 % przychodów sektora rolnego. Poza pszenicą uprawia się w prowincji owies, jęczmień i żyto. (łącznie zboża &ndash 50 % produkcji rolnej Kanady), rzepak( 4miejsce w zbiorach), soja (97% produkcji Kanady) i groszku (72%). Ponadto prowincja jest znana z rozwoju biotechnologii rolnej, jest światowym liderem w tej dziedzinie i skupia 30 % kanadyjskiej produkcji w tej branży
Ferma państwa Władysława i Jadwigi Zigdów położona jest w odległości 130 km od stolicy prowincji-Reginy. Na 110 km wjeżdżamy do minimiasteczka spełniającego rolę centrum usługowo-administracyjnego Filmore. Moim przewodnikiem, jest kuzyn lekarz, który w Filmore ma swoich pacjentów. Stąd bardzo dobra znajomość miejscowości. Jest niedziela rano wjeżdżamy do miasteczka. Wszędzie pusto, nigdzie nie widać ludzi, ani rozbrykanych dzieci przy domach.
Przejeżdżając uliczkami mijamy elewatory zbożowe przy linii kolejowej pocztę, bank czynny 2 razy w tygodniu, szkołę, minimarkety, gabinet lekarski z dojeżdżającym lekarzem oraz kościół ewangelicki usytułowany na dużym placu z rożnem, kominkiem i obszernymi pomieszczeniami świetlicowo-rekreacyjnymi w podziemiach kościoła. Była tu również parafia kościoła rzymsko-katolickiego, która ze względu na topniejącą ilość wiernych została zamknięta. Wiadomo starszych parafian ubyło, młodzież zaś nie przejawia chęci uczestnictwa w życiu religijnym. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że i kościół ewangelicki ma problemy z samoutrzymaniem się i grozi mu likwidacja.
Po zjeździe z głównej trasy w kierunku farmy, jedziemy drogami wśród pól wyznaczających granice sekcji. Od tych dróg na farmy prowadzą szosy żwirowe na tyle szerokie, żeby można było bezkolizyjnie przemieszczać się ponadwymiarowym sprzętem rolniczym.
Przestrzenie, wzajemne oddalenia farm, siedząc za kierownicą nie wydają się tak straszne.
Cofam się myślą wstecz i próbuję sobie wyobrazić początki osiedleń. Przecież tu jak czegoś zabrakło nie można było pójść do sąsiada oddalonego o godziny marszu. To w naszym stadnym życiu wiejskim jest niewyobrażalne. Przetrwali najwytrwalsi.
Za nami 130 km przejechanej drogi, zbliżamy się do fermy. Tą trasę w 1928 roku, pieszo i końmi pokonał 3-letni wówczas pan Władysław Zigda z rodzicami i młodszym bratem na rękach. Pociechą dla nich było to, że nie jechali tak zupełnie w ciemno. Zostali zaproszeni, a wcześniej odpowiednio listownie pouczeni przez oczekujące ich wujostwo, które kilka lat wcześniej ściągnął polski ksiądz, organizujący tu rzymsko-katolicką parafię. Byli więc w lepszej sytuacji jak ich poprzednicy sprzed kilkunastu lat, których urzędnik kolejowy na stacji końcowej kierował na wykupiony teren. cytat z Tworzywa Melchiora Wańkowicza Pójdziecie naprzód na zachód za słońcem, potem na prawo 6 mil (10 km), a potem na lewo 6 mil, znowu na zachód 6 mil. Tam jest wasz Homsted (teren-dom). I tam znajdziecie palik na którym wypisany jest numer waszej sekcji i kwot. Nikt na nich nie czekał. Pierwsze noce nim zbudowali ziemiankę spali pod gołym niebem. Każdemu przy osiedleniu się na dziewiczej kanadyjskiej ziemi przydzielano pół kwotry (32 ha) ziemi za 10 dolarów.
Ojciec Władysława po przyjeździe do Saskatchewan w pierwszym roku pobytu wynajmował się do pracy u wcześniej przybyłych już zagospodarowanych farmerów. Zgodnie z ustawodawstwem kanadyjskim Ojciec Władysława jako kombatant po I-szej wojnie otrzymał pół kwotry(32ha) ziemi za darmo. Jednego był pewien po postawieniu nogi na ziemi, którą otrzymał: "jest ona tak dobra jak najlepsze ziemie jakie widziałem przemierzając Europę wzdłuż i wszerz w czasie wojny. Tylko chodzi o to, żeby Ją Bóg błogosławił".
W międzyczasie jesienią 1929 roku po krachu na giełdzie, rolnictwo, jak i cała gospodarka popadły w głęboki kryzys. Ustał zbyt produktów rolnych, farmy zaczęły bankrutować. I tak jakoś dziwnie się złożyło, że w tym czasie ojciec pana Władysława w 1931 roku podjął decyzje o kupnie ziemi. Nabył od razu pół sekcji (128 ha). Za rok kupił drugie pół sekcji. W 1932 roku gospodarzył na całej sekcji. = (640 akrów = 256 ha) Statystyki z tamtych lat podają że w prowincji Saskatchewan w 1932 roku prosperowało 136 tys. farm. Cena buszla pszenicy spadła z 2-ch dolarów do 35 centów. Kryzys trwał. Ale z panem Zigdą pod względem posiadanego areału ziemi, żaden z jego dawnych sąsiadów w rodzinnym Grodzisku Dolnym k. Warszawy nie mógł się równać. Apetyty naszych rodaków w dobieraniu kiedyś mórg, a tutaj akrów, kwotr, sekcji były niezmienne. Odwieczny głód ziemi zaspokajali decyzją kupna nie zdając sobie sprawy z niewiadomych, które na nich spadały.
Ale póki co utarło się powiedzenie, że gospodarowanie na rządowej pół kwotrze to właściwie dziadowanie. Każda następna kwotra kosztowała już nie 10, a 100 dolarów, zbudowanie domu - 600 $, cztery konie z uprzężą - 95 $, pług - 25 $, brony - 75 $, wóz - 85 $, siewnik - 80 $, brony - 75 $, 2 krowy - 80 $. Razem na starcie trzeba było mieć około 1500$.
A kryzys trwa dalej. Jakby mało było tego, po siewach w 1932 roku przez okoliczne pola Filmore, szerokim pasem zawiał od Gór Skalistych suchy i ciepłe wiatry (chinook), który wywiał ziarno i zmiótł przesuszoną warstwę rodzajną gleby. Rozbuchane prądy wysuszającej wichury nieskrępowane żadną górską przeszkodą na równinach niedawno przeoranych prerii formują rozpyloną lessową ziemię we fale wysokości 3-5 cali (ok. 10cm). Z takim zjawiskiem klimatycznym senior Zigda spotkał się po raz pierwszy. Na pytanie żony "co teraz zrobimy?" - odpowiedział: zostało mi jeszcze trochę ziarna pośladowego, będę siał po raz drugi. Zastosował stary chłopski zwyczaj zapamiętany z Polski, polegający na wiosennym przeorywaniu i wysiewie mieszanki paszowej. Jak powiedział tak zrobił. Zasiał, a, że było już dobrze po terminie (koniec czerwca), okoliczni farmerzy niemieccy śmiali się ze swego sąsiada, który w tak spóźnionym terminie rzuca ziarno do ziemi. Ale polski chłop terminujący na farmera i tak bezczelnie ryzykujący z tutejszymi warunkami - tym razem wygrał.
Zaraz po siewie spadły deszcze. Senior Sigda cały łan zboża w okresie pędów płonych, skosił na pokos, przesuszył, i sprzedał na siano rancherom (farmerom chowającym bydło). Wszystko siano zostało sprzedane od ręki. Ojciec pana Władysława i okoliczni polscy farmerzy bardzo dobrze na tym zarobili, a niedowiarkom i prześmiewcom udowodnili, że potrafią farmerować. Nasi dawni chłopi, a tu początkujący farmerzy musieli szybko uczyć się gospodarowania w nowych zupełnie odmiennych warunkach glebowo-klimatycznych.
Niezmiernie ważnym, jeszcze do dzisiaj, jest, zgranie terminu siewu z wilgocią gleby. Po długich surowych kontynentalnych zimach następuje krótkie lato. Wybór terminu siewu przy okresie wegetacji 90-130 dni (zależy od roku) przy szybko przesychającej glebie, groźbie przymrozków po wschodach jest nielada sztuką. Mimo wielu lat praktyki wybranie optymalnego terminu jest dla farmera nieprzewidywalne. To jest ciągle ryzyko. Ponadto zbiory, gdy ziarno jest już w ziemi, narażone są na kilka czynników ryzyka, takich jak:
chinook o którym była już mowa,
Nowej dla przybyszów agrotechniki uczyły się kolejne pokolenia. Surowość klimatu kontynentalnego mimo ogromnego postępu nie da się do końca opanować. Ta ziemia niezmiennie zachowała swoje surowe prawa.
Kryzys lat 30-tych doprowadził do bankructwa wielu farm. Do miast w pierwszej kolejności przenieśli się farmerzy angielscy i niemieccy. Im było łatwiej - znali język. Słowianie cierpieli na miejscu. Srogie zimy, odcięcie od świata, brak sąsiedzkiej bliskości, a przede wszystkim perspektyw życia, odrodzona tęsknota za starym krajem, ułatwiała Polakom podejmowanie decyzji do powrotu. Rodzice pana Władysława też nie dawali sobie rady z otaczającą ich rzeczywistością i podjęli decyzję powrotu do Polski. Był rok 1938 Zaraz po sprzedaży tuczników i spieniężeniu tutejszego dorobku postanowili na zawsze opuścić ten nieprzyjazny kraj i wrócić do Gródka Wielkiego gdzie mieszkali od pokoleń. Ale w międzyczasie jak to w gospodarstwie bywa zdarzył się przypadek nieumyślnego zatrucia całego stada tuczników. Wcześniej na polach dokonano oprysku przeciw masowo żerującym tu gryzoniom zwanych goframi (pieski pustyni). Po czasie do karmienia użyto zgrabnego naczynia po środkach chemicznych. Naczynie zawierało resztki zaschłej trucizny. Środek zadziałał szybko i skutecznie- rano tuczniki leżały martwe pokotem. Powrót został odroczony. Z końcem 1938 roku mówiono o niepokojach grożących wybuchem wojny. W 1939 roku stała się ona faktem i powroty ustały. Ale wydarzyło się znowu coś nieoczekiwanego. Widać było jak wojna nagle rozruszała gospodarkę. Ceny buszla pszenicy z 35 centów wzrosły do 2-ch dolarów. Na preriach powiększały się stada pasącego się bydła rzeźnego. Szczególnie dobrze płacono za śmietanę. Dlatego też rodzice pana Władysława w kolejnych latach 1939 - 1941, dobierali ziemię nie bojąc się kredytów. Wzrastało utechnicznienie farm. Minął kryzys, zaczęła się ogólna prosperita.
Pan władysław Zigda w latach kryzysu był kilkuletnim chłopcem i chodził do szkoły we wspomnianym już Filmore. Wielonarodowa społeczność w klasie chcąc się porozumieć, szybko uczyła się języka angielskiego. Jak już wiemy zadłużone farmy Polaków bankrutowały. Już od rana na farmę rodziców przyjeżdżali urzędnicy bankowi, którzy prosili ojca o zabranie mnie do tłumaczenia gdzieś tam na odległej farmie. Bardzo podobały mi się tego rodzaju wyjazdy - opowiada pan Władysław. Jazda samochodem i to jeszcze tak daleko 100-150 km była nie lada atrakcją dla 10-12 letniego chłopca. Ponadto czułem się bardzo ważny tłumacząc dorosłym. Bankierzy uważali zaś, że dziecko z natury nie potrafi kłamać i będzie wiernym tłumaczem. Niestety mimochodem musiałem być świadkiem bardzo drastycznych scen, które bardzo później przeżywałem. Widziałem jak urzędnicy rekwirowali sprzęt, traktory, wywłaszczali z ziemi. Z czasem za brak zrozumienia i bezduszność bankierów wobec tragedii farmerskiej rodziny ci drudzy robili im niezłe kawały.
Na jednej z farm przyjechali rekwirować traktor typu John Deere, który kosztował 750 $. Farmer spłacił 700 $. Na poczekaniu zebrał jeszcze 30 $. Tłumaczy urzędnikom, że resztę dostarczy za miesiąc po sprzedaży tuczników. Urzędnicy nie zgadzają się, zabierają traktor. Ale w międzyczasie ludzie farmera przykuli traktor grubym łańcuchem do belki lub budynku. Wynajęci do piłowania tak zmyślnie piłują że łamią kolejne piłki. Urzędnicy sprowadzają ślusarza z palnikiem. Wreszcie zabierają swoje. Na tym jeszcze nie koniec. Na drugi dzień wypucowany po przejściach John Deere z przewieszoną tabliczką i widniejącą na niej ceną sprzedaży: 20 $, jest gotów do licytacji ofertowej. Farmerzy znając cyniczne zachowania banku, odpłacają się tym samym. Owszem składają oferty w porozumieniu między sobą zachowując gradację wynoszącą kolejno 17 $, 18 $, 19,95 $, 20 $. Takie zorganizowane licytowanie wymagało dyscypliny, wzajemnego zaufania i było wymierzone w bankierów żerujących na farmerskich niepowodzeniach.
Z czasem pan Władysław skończył karierę bankowego tłumacza. Wokoło mówiło się o demokracji. Dla Władka była ona ciągle niezrozumiała, a z tego co widział wprost zabójcza dla farmerów. Ale póki co w Europie rozpoczęła się wojna. Wymuszała ona na farmerach wzrost produkcji we wszystkich kierunkach. Banki chętnie udzielały kredytów pod zastaw. Możliwość zbytu, dobre ceny, ośmieliły farmerów do ostrożnego brania kredytów. Na farmy wchodziły nowe technologie, maszyny, traktory o większej mocy, samochody. Widać było że podupadłe fabryki w czasie kryzysu produkujące na rzecz rolnictwa, znowu pojawiły się na rynku.
Najlepiej z kryzysu wyszedł John Deere, który produkował sprzęt jakościowo o wiele gorszy od "Mineapolis" czy "Oliwera", ale brak pieniędzy zmuszał farmerów do kupowania sprzętu nieco gorszego za niższą cenę u "John Deere". Na farmach rozwiązano sprawę zaopatrzenia inwentarza w wodę, poprzez budowę studni głębinowych.i instalację pomp. Woda z płytkich wykopów była bardzo zażelaziona i nie nadawała się do skarmiania zwierząt. Bywało i tak jak opowiada pan Władysław, że stada bydła na prerii w skwarze chodziły 3 dni bez wody. Brak możliwości regularnego pojenia (kłopoty z dowozem, odległośći) - to wszystko odstręczało farmerów od chowu bydła. Teraz ten problem został rozwiązany. Bydło na prerii w kilku miejscach miało dostęp do studni z wodą. Pastwiska preriowe zapełniły się stadami bydła. Wszelkie nowości techniczne wprowadzane w tym czasie masowo na fermach ułatwiły, pracę i życie tej grupie ludzi.
Zaraz po wojnie z nową powojenną falą emigracji wróciłi Ci, którzy przed wojną w latach kryzysu opuścili Kanadę. W 1949 roku pan Władysław Zigda założył rodzinę. Żona pana Władysława pani Jadwiga urodzona już w Kanadzie z rodziców pochodzących spod Tarnopola, jeszcze do dzisiaj zachowała melodyjność kresowego języka. Polki pracujące na farmach odziedziczyły po matkach umiejętność uprawy ogrodu. Ogród jest rezerwuarem witamin i liczącym się dodatkiem w budżecie rodzinnym. Pani Jadwiga oprowadziła nas po wypielęgnowanych grządkach będących chlubą każdej żony farmera jeszcze dzisiaj i sprezentowała nam na odjezdnym bukiet świeżych warzyw. Farma państwa Władysława i Jadwigi Zigdów została zelektryfikowana na koszt państwa w 1954 roku. Wszystkie urządzenia na farmie zasilane są napięciem 110 i 220 V. Telefonizację farm przeprowadzono kilka lat wcześniej. Pomieszczenia mieszkalne opalano węglem. W 1967 pan Władysław zbudował nowy dom o powierzchni ponad 100 mkw. Koszty związane z budową wyniosły 15000 $. Dzisiaj wybudowanie takiego domu kosztowałoby 100000 $, natomiast wartość drugiego domu w Filmore w którym państwo Zigdowie spędzają zimę wynosi 150000 $. Aktualnie państwo Zigdowie gospodaruja jeszcze na areale równym pół sekcji (128 ha) Tego roku obchodzili 55 rocznicę ślubu, a pan Władysław skończył 79 lat. Kiedy spytałem o emerytury farmerów pan Władysław uśmiechnął się i powiedział: z emeryturą w Kanadzie to jest tak, że ile zdążysz zaoszczędzić i ile weźmiesz z likwidacji farmy - tyle masz. Dowiedziałem się, że w Kanadzie każdy obywatel po osiągnięciu 65 roku życia otrzymuje od państwa, tak zwane pensum wiekowe (1000 $) jeśli nawet w życiu nie wypracował własnej emerytury. Pozwala ono na zabezpieczenie minimum socjalnego, oraz uprawnia do korzystania z bezpłatnych usług medycznych, leków (z wyjątkiem korzystania z usług stomatologicznych), za które trzeba płacić. Pan Władysław dopowiada, że jak w zeszłym roku otrzymał odszkodowanie za gradobicie to potrącono mu część należnego pensum (musi, podobnie w tym "kanadzkim kraju" jak u nas).
Państwo Zigdowie będąc w sile wieku gospodarzyli na 4-rech sekcjach (1024 ha). Trzy i pół sekcji przekazali synowi, który w sumie farmeruje na pięciu sekcjach (1280 ha). Praca na farmie pochłania go bez reszty, że w wieku 42 lat jest nadal kawalerem do wzięcia.
W ostatnich latach farmerzy narzekają na spadek zbytu. Zmalał eksport wołowiny do USA. Rząd prowincji Saskatchewan zauważył, że nie ma u siebie prawie wcale zakładów przetwórstwa mięsnego. Dotychczasowy bezkolizyjny eksport do USA może się nie powtórzyć. Teraz na gwałt w programach rządowych uwzględnia się budowę własnych zakładów przetwórczych, które pozwolą eksportować przetwory mięsne w różnych kierunkach. Jednak najbardziej farmerzy narzekają na ograniczone możliwości sprzedaży pszenicy. Spadek ten zbiegł się z momentem rozpadu ZSRR i RWPG głównych importowych potentatów Kanady. Nowa sytuacja polityczna w tym regionie świata doprowadziła do zasadniczej zmiany struktury produkcji w całym kanadyjskim rolnictwie. Jak mówi pan Władysław farmerzy wyspecjalizowali się w uprawie pszenicy co do terminu jej siewu, nawożenia, ochrony roślin, doboru odmian, sprzętu i przechowywania co w konsekwencji upraszczało ich organizację pracy. Trudno im się pogodzić z nową sytuacją i dlatego wszczynali protesty wobec rządu. Rząd jednoznacznie odpowiedział: oprócz pszenicy możecie produkować jęczmień, owies, rzepak i len oraz wszystko inne co znajdzie zbyt. Przedstawione powyżej dwa wydarzenia przyczyniły się do ekstensywnego gospodarowania, a co za tym idzie i spadku cen ziemi z 320 tys. dolarów za sekcję(256ha) do około 200 tys. Młodzi opuszczają farmy, rolnictwo przeżywa kryzys. Banki nie wiedzą jaki w tej sytuacji przyjąć kierunek inwestowania. Podobnie jak w Polsce, ceny środków do produkcji rosną, a cena buszla pszenicy, mówią i piszą farmerzy niezmiennie od 20-tu lat wynosi 2-2,5 $/buszel. (buszel = 60 funtów; funt = 454 gramy; buszel = 27,2 kg). Pan Władysław jest znanym działaczem związku farmerów w Kanadzie i Stanach. Opowiadał, że farmerzy przy drastycznych spadkach cen pszenicy protestują zmniejszając areały obsiewu pól do 50-ciu %, przy zwyczajowo co roku wyłączonych z produkcji 30% areału uprawnego. Widzimy jak bardzo farmerzy południowego Saskatchewanu przeżywają redukcję uprawy wysokoglutenowej pszenicy durum - jak by nie było najwyżej płatnej i wdzięcznej w plonowaniu (40-60 buszli z akra = ~50 q/ha) Na swoim "płachetku" pan Władysław zasiał tego roku 30 ha pszenicy, 30 ha lnu 38 ha jęczmienia. A "durum" - żal, oj żal.
Zwiedzając podwórze pana Władysława i park maszynowy u trzech innych farmerów nigdzie nie widziałem porządnego pługa stosownego do wielkości uprawianych tu areałów, jak też ogólnego zakamienienia . Okazuje się że farmerzy już dawno odeszli od uprawy płużnej. Byłem pewien że orki wykonywane są na 1/3 areału wyłączonego z produkcji. Też nie.
Stąd ogólny brak pługów na stanie. Kiedy wzrosło utechnicznienie na farmie, pan Władysław, próbował po żniwach zniszczyć ścierń i wzruszyć ziemię. Niestety suche lato dokonywało spopielenia 3-4 calowej warstwy rodzajnej, leżącej na betonowym podglebiu z gliny. Na dodatek wczesne zamarzanie na sucho uniemożliwia narzędziom wzruszenie ziemi w okresie pożniwnym. Trzeba czekać na pozimowe rozmoczenie.
Posiadane narzędzia uprawowe zadziwiają różnorodnością elementów roboczych zestawianych ze sobą. Potężne składane wieloczynnościowe kultywatory, brony talerzowe (szerokości do 20 m.) są pierwszym narzędziem uprawowym niszczącym zeszłoroczną ścierń i rozdrobnioną słomę. Po tym zabiegu odbywa się siew siewnikiem z pneumatycznym podawaniem ziarna do gleby (szer. robocza do 30 m.).Wydajność a co za tym idzie i ceny tych narzędzi są znaczne, tak że Pan Władysław wiele narzędzi własnej konstrukcji zagregatowanych na stałe ze starszymi ciągnikami , których używa się w zależności od warunków i chwilowej potrzeby. Pan Władysław opowiadał też o młodych farmerach bez farmerskiego doświadczenia, uzbrojonych poprzez bankowe kredyty w niejednokrotnie przeorganizowany, o dużej wydajności ciężki sprzęt uprawowy, pewni i tego, że zdążą z robotą licząc na jutrzejszą lepszą pogodę często przegrywających z aurą. Tymczasem jedno niewykorzystane dzisiaj, przekreśla jutro i przekreśla dalsze farmerowanie w ogóle.
Nie trzeba długo czekać &ndash bank jak zawsze przychodzi po swoje. W parku maszynowym oprócz wielości sprzętu uprawowego spotkałem narzędzia specjalistyczne przystosowane do zbioru wierzchniej warstwy ziemi, i zbioru kamieni. Pod względem zakamienienia nasze pola wydają się być wypielęgnowanymi grządkami.
Jest też w stałym pogotowiu trak przystosowany do odśnieżania, zawieszane dmuchawy, oraz równiarka do drogi. Mechanik Pan Władysław wraz ze swoimi synami z sąsiednich farm w bardzo dobrze wyposażonym warsztacie (kopulaku) dokonuje różnych przeróbek usprawniających. W hali warsztatowej podziwiałem różnego rodzaju suwnice, obrotnice ustawiające sprzęt wedle potrzeby. są tam wszystkie możliwe narzędzia warsztatowe łącznie z tokarnią i zapasem materiałów (żeby nie jeździć i nie szukać). Tutaj na każdym kroku widać wyraźne zdanie się na własne siły. Tak więc przez 13 lat pan Władysław dorabiał odśnieżając drogi sprzętem własnej konstrukcji . Dodaje, że "trzeba było wstawać przed śniadaniem". Po ojcu odśnieżanie i naprawę międzypolnych dróg żwirowych przejęli synowie.
Zwiedzałem też farmę syna gospodarującego na 5-ciu sekcjach (1280 ha) oraz jednego z siostrzeńców, który na farmie urządził szrot wszelkich maszyn i pojazdów. Z obserwacji i wypowiedzi poznanych farmerów wszystkich z rodziny Zigdy gospodarujących w okolicy Filmore, łatwo się zorientować że farmy łączy ze sobą wspólne użytkowanie kombajnów, transportu samochodowego i najnowszej generacji sprzętu uprawowo-siewnego. Farma pana Władysława stanowi centrum warsztatowo-mechanizacyjne. O sprzęt trzeba dbać tak samo jak wszędzie bo nie każdego stać na kupno nowego kombajnu John Deere z przystawkami wartośći 500 tys.$. Kombajn przechodzony można nabyć za połowę tej ceny. Narzędzia uprawowe 20-30 tys dolarów. Dwanaście lat temu kupiony na przetargu duży, nie nowy ciągnik Casae kosztował 40000 dol.
Młodzi farmerzy już przed laty wykreowali nowy sposób życia na polegający na zamieszkiwaniu poza farmą w okresie zimy. Z farm zaczął znikać inwentarz żywy zwłaszcza bydło, które wymaga całodobowego doglądu w ciągu roku. Aktualnie chowem bydła zajmują się wyspecjalizowani ranczerzy. Charakterystyczną rzeczą dla wszystkich farmerów jest unikanie najmowania siły roboczej. Robią to w ostateczności. Wolą jednak inwestować w sprzęt eliminujący pracę najemną, która jest droga i kłopotliwa.W Kanadzie działają silne związki zawodowe. Konflikt pracownika z farmerem pracodawcą może się dla tego drugiego przykro skończyć.
Nasz pobyt dobiega końca. Żal opuszczać gościnną farmę państwa Zigdów, którzy przeżyli tu całe życie, dochowali się 4-rech córek, 2-ch synów. Cały ród liczy już ponad 50 osób. Na zakończenie pytam jeszcze czy w przeciągu swego pracowitego życia odwiedzili kiedyś stary kraj? Pani Jadwiga z zatroskaniem odpowiada: "nigdy nie było za dużo pieniędzy zawsze było coś ważniejszego"
Mam nadzieję że Pan Władysław zebrał tego roku dobre plony. Kiedy piszę te słowa zapewne wypoczywa w zimowym domu w Filmore, żeby w 80-tej wiośnie swego życia z początkiem topnienia śniegów zjawić się na farmie, wszystko na nowo ożywić i nadać bieg, czego życzę wraz z redakcją i czytelnikami państwu Władysławowi i Jadwidze gorąco i serdecznie.
Józef Tomczak